Żużel, czyli pasja, która nie boi się kontuzji, kalectwa, a nawet śmierci [Malwina Pawlaszczyk]

Cztery okrążenia.  Motor.  Prędkość.  Adrenalina.  Chęć zwycięstwa.  Czymże byłby żużel bez tych kilku, jakże ważnych elementów? Speedway nie jest sportem tylko dla fanów motoryzacji, mechaniki, czy też rywalizacji. W tym sporcie nie ma bardziej i mniej zafascynowanych. Nie ma pseudokibiców i bójek.

Żużel to sport dla pasjonatów, a stereotyp monotonnej jazdy w lewo odchodzi w cień prawdziwej fascynacji. Zawodnicy, to ludzie o stalowych nerwach, którzy dzięki swojemu uporowi zwyciężają ze wszystkimi słabościami. Speedway wymaga od nich ogromnych wyrzeczeń. Ciągłe treningi;  latem jazda na torze, zimą ćwiczenia ogólnorozwojowe. Nieustanne wyjazdy, wyloty z kraju, rozłąka z najbliższymi, tęsknota. Jednak żużel to głównie gigantyczny pociąg do szybkości, rywalizacji i zwyciężania. Przeciętny człowiek niewielką kontuzję leczy kilka miesięcy, a żużlowiec dosiada swój motocykl po kilku tygodniach i nie skarży się na uporczywy ból.

Każdy klub dba o swoich zawodników, ale większość riderów ma prywatnego menagera, który ustala szczegóły każdego podpisanego papierka. Liczy się marketing, a zawodnik to tak naprawdę produkt, który trzeba sprzedać.

W historii światowego speedwaya, która sięga lat trzydziestych minionego stulecia, polski żużel zawsze brylował niemal u samych szczytów. Światowym fenomenem zawsze była polska frekwencja. Nie bez powodu ważne zawody oglądało około 8-10 tysięcy widzów. Przecież było na kogo popatrzeć.

Początki „czarnego sportu” w Polsce były bardzo ciekawe. Kibicowano wybitnym jeźdźcom, którzy niemalże tańczyli na swoich maszynach. Wśród nich można było podziwiać poczynania takich zawodników jak: Rudolf Breslauer, Florian Kapała i Jerzy Szczakiel.

Rok 1974, prawie zima, bo 9. grudnia. Łańcut pod Rzeszowem. Pojawia się on. Rodzi się Rafał – mały ciałem, wielki żużlowym duchem.

Przez kilkanaście lat jest prawdziwym pasjonatem i „oddaje serce” wraz z innymi kibicami na stadionach żużlowych. Rzeszowski klub motorowy czeka na ten talent 17 lat. Początek sezonu 1991 – Rafał pozytywnie zdaje egzamin licencyjny. Wówczas okazuje się prawdziwą perełką i nadzieją nie tylko miejscowego, ale i krajowego, speedwaya. Wielkie nazwisko – Rafał Wilk.

Przez pierwsze sześć lat swojej żużlowej kariery reprezentuje barwy macierzystej drużyny. Jako junior rzeszowskiej Stali odnosi swoje największe sukcesy. W 1993 roku zdobywa tytuł Młodzieżowego Mistrza Polski Par Klubowych, natomiast rok i dwa lata później wraz z miejscowymi kolegami przyjmuje miano Młodzieżowego Drużynowego Mistrza Polski.  Po zakończonym sezonie 1996, popularny „Rafa” chce spróbować czegoś nowego. Wciąż pragnie się rozwijać, a więc zmienia swoje barwy klubowe. W 1997 reprezentuje drużynę z Łodzi, rok później ściga się w barwach gnieźnieńskiego Startu. Na tym etapie zawodnik staje się coraz lepszym, doświadczonym jeźdźcem. Nie może zdecydować się, kto miałby być jego idealnym pracodawcą. Zmienia klub z rzeszowskiego na krośnieński i odwrotnie. Sport żużlowy przynosi mu przyjaźnie, sławę, karierę, dochód. Jak sam mówi: „Speedway może wypromować, pozwala zarabiać grube pieniądze. Dlatego też często znakomitymi żużlowcami są chłopcy z biednych rodzin i małych wiosek.” On przecież też pochodzi z małego miasteczka, nic więc dziwnego, że zarówno kluby z Rzeszowa, jak i Krosna są dla niego atrakcyjną ofertą.

Sezon 2006. 32-letni Rafał Wilk, z krośnieńskim wilkiem na kombinezonie, jest kandydatem na kolejną, jakże ważną w jego życiu nagrodę. W plebiscycie na Najlepszego Sportowca i Trenera Krosna zajmuje pierwszą lokatę. W głosowaniu internautów także okazuje się najlepszy. Z całą pewnością, połączenie zawodu trenera i zawodnika, służy samemu zainteresowanemu, jak i całej drużynie.
Początki zmagań ligowych idą świetnie, nadchodzi 3. maja. Pełna mobilizacja, zawody u siebie. Gościnnie Krosno odwiedza zwarta ekipa z Grudziądza. Mecz przebiega niezwykle ciekawie i niezwykle emocjonująco.  Przed nami ósma gonitwa dnia. Pod taśmą ustawia się czwórka jeźdźców. Wszystko dzieje się tak jak zwykle, tak normalnie. Faworytem odsłony wydaje się być Rafał. Trójka jego rywali to niedoświadczeni młodzieżowcy – Martin Vaculik, Leon Madsen i Aleksiej Charczenko.  Kilka sekund do rozpoczęcia wyścigu. Nerwy. Adrenalina. Skupienie. Taśma rusza w górę, oni do przodu. Po trzech okrążenia remis, trzy do trzech. Ostatni wiraż, balansujący  na drugiej pozycji Wilk traci kontrolę nad motocyklem, zahacza o bandę i upada na tor. Jadący tuż za nim kolega z drużyny, młody Martin Vaculik nie ma najmniejszych szans na ominięcie leżącego Rafała. W mgnieniu oka wypuszcza motor, sam kilkanaście metrów dalej ląduje na twardej nawierzchni czarnego owalu. Co z maszyną Vaculika?! Co z Rafałem?!

To sekundy często decydują o ludzkiej egzystencji. Tak też jest i teraz. Motocykl Słowaka z impetem uderza w plecy leżącego na torze Rafała Wilka.

Istny dramat. Karetki na torze, lekarze, popłoch, krzyk i potok łez. A on walczy. Z całych sił próbuje poruszyć nogami, bezskutecznie. Zawodnik w trybie natychmiastowym zostaje przewieziony do miejscowego szpitala, w którym przechodzi długą i skomplikowaną operację, która ma ustabilizować kręgosłup i usunąć krwiak. Diagnozy potwierdzają złamanie kręgosłupa w odcinku lędźwiowym, uraz głowy i złamania żeber.

Wciąż dwa kółka. Tym razem nie koła przymocowane do silnika marki JAVA, czy GM. Tym razem dwa kółka wózka. Wózka inwalidzkiego.

Odnaleźć się w nowej sytuacji byłemu zawodnikowi nie jest ciężko. Mimo, że rehabilitacje nie przynoszą pozytywnych skutków, a Rafał nie jest w stanie poruszać się na własnych nogach, jednak zawodnik nie załamuje się. Po kilku miesiącach od wypadku, kiedy stoki narciarskie pokryte są już śniegiem,  Wilk po raz pierwszy zakłada narty, tzw. monoski. Połknął bakcyla. Udowadnia, że można się cieszyć z życia, nawet, jeżdżąc na wózku. Trzy lata po pamiętnych zawodach w Krośnie próbuje swoich sił jako trener, tym razem w Lublinie. To już jednak nie to co kiedyś. Rafał nie może wstać i nie może też wsiąść na motocykl i zademonstrować adeptom idealnej pozycji na maszynie.

Rafał Wilk ani przez moment nie zaczyna wątpić. Rok 2010 jest prawdziwym przełomem, punktem kulminacyjnym w jego życiu. Postanawia udowodnić, że może robić coś więcej, niż tylko siedzieć na wózku inwalidzkim. Postanawia być aktywnym kaleką, który daje przykład innym. Zimą rekreacyjnie jazda na monoski i szaleństwo na stokach, a latem handbike.

Jazda rowerowa od samego początku zaczyna go wciągać, znów przypomina sobie czym jest prędkość. Po trzech miesiącach przychodzi czas na sprawdzenie swoich sił w zawodach w Zamościu. Od tej pory zaczyna się prawdziwe ściganie. Rafałem zaczynają interesować się sponsorzy, którzy chcą wspomóc finansowo zawodnika, a w zamian oczekują reklam i promocji. Bez chwili zastanowienia zawodnik podpisuje zobowiązujące umowy. Nikogo fakt ten nie dziwi, gdyż utrzymywanie się z niskiej renty, mając trójkę dorastających dzieci, nie jest łatwe.

W sezonie 2011 wielokrotnie udowadnia, że niepełnosprawny też potrafi. Jego wyniki idą w górę, a on zaczyna realnie myśleć o Igrzyskach Paraolimpijskich w Londynie. Wygrywa Puchar Europy.

Po zsumowaniu punktów z turniejów we Włoszech, Hiszpanii i Kanadzie, Rafał zdobywa Puchar Świata i jednocześnie kwalifikuje się na Olimpiadę w 2012 roku.

Rafał Wilk ma wystąpić w dwóch konkurencjach kolarstwa szosowego: jazda na czas, a także wyścig ze startu wspólnego. Nieubłaganie nadchodzi wrzesień. Zawodnik zachwycony wioską olimpijską w Londynie, przygotowuje się do pierwszego startu.

5. września, jazda na czas. Rafał pokonuje dystans 16. kilometrów w czasie 00:25:24.17; tym samym zostaje okrzyknięty WIELKIM MISTRZEM OLIMPIJSKIM i dedykuje medal swojemu ojcu. Okrzyki, łzy szczęścia, telefony trójki uradowanych dzieci: „Tato, wygrasz drugi złoty medal, dla nas!” – słyszy w słuchawce swojej komórki.

Drugie podejście po medal.  7. września – wyścig ze startu wspólnego. Zawodnicy mają do pokonania aż 64 kilometry. Dzięki swojej determinacji i poświęceniu, Rafał po raz kolejny sięga po złoto. Jedzie po nie 1:50:05. Udało się, dwukrotny Mistrz Olimpijski, wielki Rafał Wilk!

Wszystko to dzieje się dlatego, że człowiek ma pasję i chęci. Właśnie to sprawia, że staje się szczęśliwy. „Od sześciu lat jeżdżę na wózku i żyję za 800 złotych renty, z której płacę alimenty na dzieci. Okresowo dostaję stypendium sportowe. Ale jestem szczęśliwy, bo robię to, co kocham – wciąż się ścigam” – mówi uradowany Rafał Wilk.

Pasja jest czymś, co daje siłę i napędza do życia. Biorąc przykład z dwukrotnego mistrza Igrzysk Paraolimpijskich w Londynie, nie możemy się poddawać, mimo tego, że upadliśmy. Każdą przeciwność losu da się pokonać dzięki swoim postanowieniom i głębokiej wierze. Wierze w samego siebie.

Zawodnik  niedługo po wypadku na torze żużlowym, szukał priorytetów zaistniałej sytuacji. Nie poddał się, a po czasie powiedział: „Dobry Bóg pokierował moją drogą. Po co mam kręcić kółka na torze żużlowym, skoro teraz jestem mistrzem olimpijskim”.

Rafał Wilk nie jest jedynym przykładem żużlowca, u którego los zadecydował o kalectwie. Nie sposób wymienić wszystkich zawodników, których rodziny przeżyły wielką tragedię: począwszy od kontuzji, jakimi są stłuczenia i złamania, idąc przez kalectwo, kończąc na śmierci – największej konsekwencji wypadku żużlowego.

Adam Jaźwiecki w swojej książce zatytułowanej „Szybkość nie wybacza nikomu” pyta: „Jak wyeliminować pecha, jak poszukać szczęścia w tym sporcie, który w ułamkach sekundy potrafi okaleczyć czasami na całe życie, pozbawić nadziei, przekreślić plany? Co tak pcha zawodników do tego sportu, który nie zawsze bywa sprawiedliwy?”

Ciężko odpowiedzieć na to pytanie, mając przed sobą obraz śmierci Lee Richardsona, który dla speedwaya oraz walki pozostawił na świecie dzieci i żonę.

Co więc pociąga zawodników do tego sportu? Z całą pewnością pasja. Pasja, która nie boi się kontuzji, kalectwa, a nawet śmierci.