Wilk z Wall Street –  [edukacja czytelniczo-medialna]

 

Wyjątkowo długo zbierałem się do wyjścia na ten trzy godzinny seans. Kalkulowałem, myślałem, analizowałem, czy aby na pewno chcę spędzić aż tyle czasu w fotelu, naprzeciw wielkiego ekranu. Najnowszy film Martina Scorsese, „Wilk z Wall Street”, bo o tym dziele mowa, zrobił na mnie niemałe wrażenie. Pięć nominacji do nagrody Oscara, nagroda Złotych Globów za „najlepszą komedię lub musical”- to chyba wystarczająca zachęta dla tych, którzy filmu jeszcze nie widzieli.

 

Jordan Belfort (Leonardo Di Caprio) to chciwy, cwany, nieludzko skuteczny w okradaniu ludzi makler. Jest tych cech w 100% świadomy, a ponadto, jest z nich dumny. Jego historia jest niesamowicie interesująca. Na początku lat 80-tych zdał egzamin maklerski, a na drugi dzień załamała się giełda. Po krótkim czasie znalazł pracę w drobnej firmie handlującej akcjami śmieciowymi. Zaczął się błyskawicznie wzbogacać. Jego życie zmieniło się nie do poznania. On sam też się zmienił, przyczyniły się do tego pieniądze, narkotyki, huczne imprezy, luksus. Poczuł się bezkarny, wszechmocny i nieśmiertelny, lecz nic nie trwa wiecznie…

„Kasyno”, „Chłopcy z ferajny” i „Wilk z Wall Street” to tytuły, które różnią się tematyką, jednak łączy je  jedna (oprócz tego, że wszystkie trzy pozycje to dzieła Martina Scorsese) fascynująca rzecz- klimat.

Klimat w opowieści o Jordanie Belforcie jest nie do opisania. Film trzyma w napięciu, a dodatkowo zaopatrza widza w solidną dawkę dobrego, choć kontrowersyjnego humoru. Fantastyczna narracja oraz doskonała praca operatora Rodrigo Prieto potrafią wprowadzić widza w oszołomienie. Dynamiczna muzyka w tle doskonale wkomponowuje  się w całość. Aktorów drugoplanowych nie można nazwać „piątym kołem u wozu”. Ich role i sceny z nimi są przemyślane i tworzą razem zgraną całość. Cała ta mikstura tworzy niesamowity efekt.

 Ostatecznie, wybierając się do kina na „Wilka…”, podjąłem dobrą decyzję. Nie miałem czasu się nudzić. Film mi na to nie pozwalał. Trzy godziny minęły jak pół, a ja wyszedłem z kina w 100% zadowolony.

Kto wie ilu Jordanów Belfortów pojawi się na przestrzeni najbliższych kilkunastu lat. Im więcej takich jak on,  tym więcej gotowych scenariuszy na doskonałe filmy.