S JAK SĄSIAD [Paulina Pląsek]

Mieszkając w bloku trzeba mieć anielską cierpliwość i potwierdzi to chyba każdy, kto chociaż przez krótki czas musiał żyć z sąsiadem za ścianą. W każdej blokowej społeczności możemy wyróżnić kilka charakterystycznych grup, takich jak: upierdliwe babcie na emeryturze, plotkujące na ławce o nowym facecie pani spod siódemki; młodych awanturników, którzy z wielkim rozdźwiękiem  wracają z imprez, obijając się przy okazji o wszystkie napotkane na klatce schodowej drzwi (dlaczego los jest na tyle złośliwy, że zazwyczaj zamieszkują ostatnie piętra?!); kilka rodzin o relacjach zbliżonych do tych Kargula i Pawlaka, którzy UWIELBIAJĄ w sobotnie poranki kłócić się o to, czyja kolej przypada na mycie korytarza; sąsiadów kochających rekreację wszelkiego typu, począwszy od grilla urządzanego na balkonie (podarowane sąsiadowi mieszkającemu obok porcji duszącego dymu to przecież wyraz największej sympatii) oraz urządzających całonocne, zakrapiane imprezy przy dźwiękach kojących duszę, czyli na przykład znanej nam wszystkim i kochanej piosence „Jesteś szalona”.

W blokowisku wszyscy wszystko o sobie wiedzą. O tym, że zdradza Cię współmałżonek dowiesz się jeszcze przed tym, niż on zdąży w ogóle o tym pomyśleć. O Twoim nowym samochodzie sąsiadka z góry będzie wiedziała pięć minut po tym, kiedy wyjedziesz nim z salonu. Natomiast jeżeli masz dzieci i któremuś z nich czasem zdarzy się zapłakać, to wiedz, że kiedy idziesz wyrzucić śmieci, jesteś obserwowany przez całą rzeszę chcących dobrze pań, które tylko czekają na coś, co da im podstawę do tego, aby donieść na Ciebie chociażby do Opieki Społecznej.

Daję głowę, że powiedzenie „ściany mają uszy” wymyślił ktoś mieszkający w bloku. Nie mam zielonego pojęcia, czy to kwestia tego, że ściany są zbyt cienkie, czy mieszkając w bloku ma się po prostu lepszy słuch, ale przeklinam dzień, kiedy przeniosłam się do pokoju sąsiadującym z kuchnią mieszkania obok. Nie wiem, czy moi sąsiedzi zamontowali sobie w ścianie jakąś imitację wodospadu Niagara, czy to kwestia jakichś niesamowitych filtrów montowanych na kran, ale ilekroć odkręcają wodę w kuchni, mam wrażenie, że zaraz rozwali mi ścianę pokoju. Górna partia bloku także nie pozostaje w tyle, ponieważ oni z kolei co sobotę robią zamach na mój sufit, odkurzając przestrzeń pod kaloryferem (tak mniemam po odgłosach) NIEZWYKLE DOKŁADNIE, hałaśliwie i używając nadludzkiej siły, podczas gdy ja odliczam minuty do chwili, w której on w końcu się zawali. Z sąsiadami z góry przerabiałam już wszystko: chodzenie w szpilkach o szóstej rano w tę i z powrotem, w tę i z powrotem; spuszczanie na podłogowe kafle  metalowej kulki klika razy pod rząd, tak dla pewności, czy aby na pewno się obudzę i zrzucanie śmieci prosto na mój świeżo umyty balkon. Myślałam, że nic już nie jest w stanie mnie zaskoczyć, ale kilka dni temu kiedy po wyjściu z kąpieli podczas której, no, trochę sobie pośpiewałam, usłyszałam z szybu wentylacyjnego oklaski, przekonałam się, że moi sąsiedzi wciąż nie postawili kropki nad „i” i nieustannie będą mnie zaskakiwać. Ale jak to mówią: szanuj sąsiada swego, bo zawsze możesz trafić na gorszego!